MOJA WYCIECZKA DO WARSZAWY

Wyruszyliśmy w poniedziałek o godz. 5.00 i pojechaliśmy prosto do Warszawy, by przeżyć niesamowitą przygodę, zwiedzając stolicę.

Wycieczka była bardzo ciekawa! Najpierw odwiedziliśmy Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie było ono jednak typowym muzeum pełnym eksponatów za szkłem. W tym miejscu wszystko, co związane z historią powstańców, przedstawiono tak, że naprawdę trudno było nie uronić łzy. Odwaga Polaków nie poszła w niepamięć! I nigdy nie pójdzie! Dzięki takim miejscom młodzi ludzie przekonują się, jak wiele nasi rodacy musieli poświęcić dla wolnej ojczyzny. Większość eksponatów była swobodnie dostępna, co sprawiało wrażenie, jakbyśmy cofnęli się w czasie. Dzień po dniu, od pierwszego sierpnia 1944r., mogliśmy wspólnie z mieszkańcami stolicy przeżywać ten straszny okres. Film w kinie 3D pokazał nam, jak okrutnie zniszczono stolicę naszego kraju. Ruiny widziane z lotu ptaka wywarły wstrząsające wrażenie.

Myślę, że z tego muzeum wszyscy szczególnie zapamiętali model odtwarzający kanał ściekowy, którym przemieszczali się powstańcy. Musieliśmy w całkowitej ciemności pokonać tunel, który coraz bardziej się zwężał, a na końcu miał tylko ok. 100 cm wysokości. Idąc, trzymałam się kurczowo rękawa koleżanki, aby przypadkiem nie skręcić w niewłaściwą odnogę i ani przez chwilę nie zostać sama. Pod koniec ledwo się mieściłam, o od ciemności zrobiło mi się duszno i słabo. To trwało tylko kilka minut… Nie do wiary, że ludzie musieli brodzić w tych tunelach godzinami, a nawet dniami, dodatkowo wśród odchodów i części porozrywanych granatami ciał… To, jak łatwo było o śmierć w kanale, uświadomił nam przewodnik. Podczas przejścia musieliśmy się zachowywać tak cicho, by nie usłyszeli nas Niemcy. W chwili, gdy ktoś krzyknął lub zrobił się za duży gwar, zapalało się światło. To oznaczało, że w prawdziwym powstaniu Niemcy już by nas zauważyli i wrzucili granat do kanału.

Jestem pewna, że, gdy wrócę do Warszawy, to miejsce z bijącym sercem powstania znów odwiedzę jako pierwsze.

Po skończeniu zwiedzania Muzeum Powstania Warszawskiego udaliśmy się do budynku Sejmu. Tutaj z kolei zobaczyliśmy, gdzie ważą się losy współczesnej Polski –politycy podejmują najważniejsze decyzje. W Sali Posiedzeń Sejmu przewodnik opowiedział nam, jak m.in. wygląda praca posła, dyskusja i głosowanie nad ustawami.

Z budynku Sejmu i Senatu szybko (tak szybko, jak to tylko możliwe w warszawskich korkach) popędziliśmy do Pałacu Kultury i Nauki. W kilkunastoosobowych grupach pomknęliśmy najszybszą windą w Polsce na XXX piętro wysokiego budynku. Stamtąd, spacerując po tarasie widokowym, podziwialiśmy panoramę Warszawy, a przewodnik objaśniał najważniejsze punkty miasta. Kiedy zjeżdżaliśmy windą w dół, niektórzy byli już dodatkowo obciążeni górą pamiątek. Dzięki temu winda zdawała się opadać jeszcze szybciej niż się wznosiła.

Potem był już tylko czas na regeneracyjny obiad w restauracji na Placu Konstytucji i zameldowanie się w hostelu, który okazał się całkiem miłym miejscem.

Drugiego dnia zwiedzanie rozpoczęliśmy od spaceru po Łazienkach Królewskich. Pogoda cały czas nam dopisywała, choć mogliśmy już zaobserwować pierwsze zwiastuny jesieni. Potem w Muzeum Narodowym mieliśmy lekcje o królach Polski (młodsza grupa) i dawnych zwyczajach i obrzędach (grupa starsza).

Chodząc po Starym Mieście dotarliśmy m.in. na warszawski rynek. Okazał się dużo mniejszy niż krakowski, ale było tam równie dużo dorożek. Najbardziej jednak rozbawiła nas Kamienica pod Białym Murzynem, której nazwa wywołała salwę śmiechu. Trochę przerażenia z kolei wzbudziła legenda o czarnym kocie zamurowanym w jednej z kamienic, który podobno miauczy do dzisiaj… i oczywiście każdy musiał przywitać się z Syrenką.

Oglądaliśmy też sale Zamku Królewskiego, w którym mieliśmy małą powtórkę z historii. Pod koniec zwiedzania rozpoczęły się zawody, kto pierwszy znajdzie krzesło, które nie będzie eksponatem i na którym będzie można się delektować chwilą zasłużonego odpoczynku. Po siedmiu godzinach zwiedzania stolicy walka była naprawdę zażarta.

Jednakże to jeszcze nie był koniec wrażeń. Tego popołudnia również pojechaliśmy do miejsca przesyconego duchem II wojny światowej i powstania warszawskiego. Tym razem źródłem wzruszeń był Cmentarz Wojskowy na Powązkach. Pośród wielu grobów żołnierzy i innych wybitnych ludzi (m.in. ze świata kultury czy sportu) najwięcej emocji wzbudziły skromne groby harcerzy z Batalionu „Zośka”. Rudy i Alek nie byli wiele starsi od nas… Dziś upamiętnia ich prosty brzozowy krzyż.

Na zakończenie dnia czekała nas zupełnie inna atrakcja: wieczorne zwiedzanie Stadionu Narodowego. Potężny – to słowo najlepiej do niego pasuje. Ogromne wrażenie robiły liczby, którymi zaskakiwał nas przewodnik. Nawet ekrany na suficie, które z dołu wyglądały jak telewizory, okazały się wielkości średniego mieszkania (ok. 50m2). Uwierzcie mi, gdyby nie wspomniał o tym przewodnik, sama nigdy bym o tym nie pomyślała. Odwiedziliśmy też salę konferencyjną i oczywiście szatnię naszej reprezentacji. Fani piłki nożnej mogli sobie zrobić zdjęci z koszulkami piłkarzy. Były one jednak odpowiednio zabezpieczone kratami, gdyż wcześniej ginęły… Otrzymaliśmy też pochwałę od pana oprowadzającego: podobno byliśmy pierwszą wycieczką, która nie zaklinowała się w obrotowym wejściu na stadion!

Tym razem do Hostelu Praga wróciliśmy dopiero o 22, niezwykle zmęczeni. Niektórym jednak i tak udało się jeszcze poczytać przed zaśnięciem.

Trzeciego dnia dotarliśmy do przepięknej Biblioteki Uniwersyteckiej z ogrodami na dachu. Biblioteka zdawała się szeptać: „Chodź, poczytaj wśród mej zieleni”. Szkoda, że nie mogłam skorzystać z zaproszenia. Może innym razem…

Tym razem jednak nie żałowałam długo, bo wprost stamtąd poszliśmy do jednego z najbardziej wyczekiwanych miejsc – Centrum Nauki Kopernik. Nie będę się wiele rozpisywać, bo najlepiej wybrać się tam osobiście i sprawdzić, czy zgadzacie się z moją opinią. Powiem tak: nawet w ciągu dwóch dni nie sposób skorzystać ze wszystkich możliwości doświadczeń, jakie otwiera przed nami to miejsce. Nie do wiary, ile tajemnic kryje przed nami nasza Ziemia!

Nadszedł jednak czas powrotu. Pełni pozytywnych wrażeń pomachaliśmy Warszawie. Z chęcią nieraz jeszcze tam wrócimy, ale tymczasem: nie ma jak Kraków…

Melania Cencora,

Aneta Stanak

Dodaj komentarz